ŚLADY FRANCISZKA /7/

Była sobota, 3 października 1226 roku. Słońce chyliło się ku zachodowi. W Porcjunkuli, w szałasie nieopodal klasztoru
św. Damiana, gdzie mieszkała ze swoimi siostrami Klara, na gołej ziemi bracia kładą wymęczone chorobą i cierpieniem stygmatów nagie ciało Franciszka. Tak chce umierać – nie mając nic, nawet ubrania, dla siebie. Przełożony (Franciszek już wtedy nim nie był) w trosce o godne odchodzenie Brata, podaje mu habit i spodnie, wiedząc że w duchu posłuszeństwa nie odmówi. Ostatecznie jednak ciało u kresu życia, znów „przyodziane w nagość i stygmaty”, spocznie na ziemi.

Przedtem jednak dokonują się symboliczne gesty. Franciszek, mimo że przyjął podczas życia tylko święcenia
diakonatu i nie jest prezbiterem (nie sprawował nigdy Mszy świętej ani nie mógł spowiadać), to jednak prosi o przyniesienie chleba, który łamie i rozdaje braciom. Podczas lektury Ewangelii św. Jana, medytując słowa
„Do końca ich umiłował” (J 13, 1) udziela także błogosławieństwa.

Później dzieje się coś niesłychanego. Umierający Franciszek zaczyna śpiewać. Innych do śpiewu także zaprasza. Do napisanej wcześniej przepięknej „Pieśni Słonecznej”, wychwalającej Boga Stwórcę, dodaje ostatnią zwrotkę: „Pochwalony bądź, Panie, przez siostrę śmierć…”.

Kiedy wie, że koniec jest już bliski, znów prosi o ogołocenie. I tak: nago, położony na ziemi, odchodzi do nieba... Odchodzi, a jednak pozostaje blisko. Po śmierci jego ciało zostaje owinięte w sukno i w blasku świec, po raz pewnie pierwszy od dawna spoczywa na poduszce. Następnego dnia bracia przenoszą je do Asyżu, zatrzymując się po
drodze w klasztorze San Damiano, by Klara i jej siostry mogły pożegnać Zmarłego. Blisko za życia i blisko po śmierci…
Jeśli nawet oddaleni fizycznie, to w głębi serca złączeni miłością do Boga i bezinteresowną służbą dla ludzi.

W Asyżu odbywa się pogrzeb i ciało Franciszka zostaje złożone w kościele św. Jerzego. Tam pozostaje przez pewien czas. To, co dzieje się potem, nawet już dwa lata po śmierci Biedaczyny, przybliży nam kolejna część naszego cyklu.

Dziś zatrzymajmy się przy tym dniu. Przy zmierzchu pierwszej soboty miesiąca października 1226 roku. Mija osiemset lat. Czy my, ludzie XXI wieku, tak często będący ludźmi „przeciwieństw i niejasności”, potrafimy naprawdę wsłuchać się w to, co mówi do nas jakże przejrzysty święty Franciszek?

My… jesteśmy bezbrzeżnie otwarci w świecie cyfrowym, a jednocześnie szczelnie zamknięci w czterech ścianach swojego serca. Głoszący hasła o wolności i szacunku, a zarazem uciszający tych, którzy mają odwagę swoją postawą mówić „tak-tak, nie-nie”. Uciszający nawet własne sumienie, kiedy próbuje „przebić się” ze swoją wrażliwością przez warstwy
hejtu i niesprawiedliwości.

Czy możemy mimo wszystko odnaleźć „nowy początek” w tym, co znamy od lat? Spojrzeć inaczej, nie jednorazowo, ale trwale zmieniając perspektywę patrzenia na rzeczywistość, tak jak to w pewnym momencie swojego życia zrobił Biedaczyna z Asyżu? Czy umiemy na nowo zaufać Bogu, dostrzec dobro, z nadzieją powiedzieć sobie, że istnieje sens?

Przeczytałam ostatnio niezwykłe zdanie: „Błogosławione pęknięcia, bo one przepuszczają w nas światło łaski”. Oby nasze serca, być może skamieniałe już i zamknięte, pękły tak, jak pękło serce Franciszka, gdy zaczął w człowieku dostrzegać Człowieka.





Małgorzata Sar

do góry